W PUSTYNI
dla Miltona Acorna
alfred purdy
przełozył m. cygalski
przyjaciele umierają jeden za drugim
a daleko w pustyni
tabory przeszywają się przez piasek
widzę je na krawędzi horyzontu
młodzi w drodze do Mekki
ale byłem tam nieraz
i wróciłem jeszcze
przyjaciele umierają
dalecy odlegli w marnych miejscach
żywi rozbiegani sęę na wszystkie strony
mógłbym biec za nimi wołając
przez pustynię "zaczekajcie na mnie"
i czasami tak robiłem
choć nie wyszło mi to na dobre
i podczas gdy biegłem by ich spotkać
podniecony z brakiem tchu
ich twarze zmieniały się w twarze innych
ich twarze zmieniały się...
Dzisiaj rano
włócząc się po szarej pustyni
szukając kwiata kaktusu
w nieodpowiedniej porze
gdy tabory przesuwały się odległe
tonąc pod szarzyzną horyzontu
dojrzałem postać posuwającą się w cieniu
zbliżającą się do mnie bardzo żwawym krokiem
i wołającą jak ja kiedy
"czekaj na mnie -"
pojedyncza postać
ale trudno było powiedzieć
czy mężczyżna czy kobieta
przebijająca się przez piaskowe zaspy wołająca
docierająca gdzie ja stoję czekając
w wielkiej zadymie kurzu i piasku
była to postać nieznajoma
i bardzo młoda
chciałem powiedzieć neutralnym głosem
"lepiej wracaj"
Ale spogladając w tą chętna twarz
i oczy pełne nadzieji -: dojrzałem wir
tego co jest i nie ma
wachanie się między zawiedzeniem a radocią
i wiedziałem że został tylko moment
zanim ta mała przepać w czasie się zronie
powiedziałem witam
i wiedziałem że ten wieciciel z pustyni
to kto na kogo czekałem
i wziąłem ją w ramiona
tą obcą postać