***
alfred purdy
przełozył m. cygalski
czekam aż przyjdzie czas
trzymając w sobie tylu dni jednostajność
fałda na fałdzie niewidzialnego czegoś
czegoś czego nie widać ale co narasta
potajemnie w umyśle jakby wcale
niewidziany pył
wtedy zadaję sobie pytanie o czym właściwie mowię
i na to też nie mogę sobie odpowiedzieć:
o ilości czegoś czego nie mogę opisać
czy zmierzyć czy udowodnić czy odeprzeć
ale jest coś
co wstrzymuje mnie przed szaleństwem:
dlatego że astronomowie mowią
o niewytłumaczonym "chybotaniu się"
ekscentryczności ruchu
w orbitach pewnych gwiazd
ktora orzeka istnienie
czegoś niewidocznego
jakiegoś rodzaju przestrzennego bytu
ktory być może zmierzony czy poddany kalibracji
i oni probują go określić
ta moja jąkająca się opowiastka
nie ma nic wspólnego z nauką scisłą
chyba tylko że wskazuje na nieadekwatne porównanie:
moja krew czasem nagle przyspiesza
w swych arterialnych wędrówkach
w jej cyklicznej podróży do nikąd
podczas gdy duch niewidziany przez oko człowieka
utwierdza swój byt
ale ja nie potrafię opisać jego "chwiania się"
inaczej niż tylko mowiąc o jakimś pięknie
doznanym przez moje serce