TAJEMNICA
m. cygalski
grudzien 1998
kilka kropli wytrysnęło z igły strzykawki,
po czym końcówka dotknęła twojej skóry
tworząc małe wgłębienie i zatonęła,
cienka stalowa w różowośći
pośladka.
pamiętam zapach szpitala i rumianku,
nagle wykrzywione,
cienkie, bólem powyginane usta,
no i niewdzięczny oddźwięk metalowej tacy,
na którą upadła pusta szklana ampułka..
pani w białym fartuchu wstrzykiwała
coś w prąd twojej krwi.
łóżko obok było puste, wyraźnie pamiętam,
a przez korytarz, snuł się w piżamie jakiś młody gruźlik;
za okna pękniętą szybą, uśmiechał się uroczy dzień.
kiedy twój oddech zastygł,
czas się zatrzymał, na chwilę,
albo pomyślałem, że przestałem mysleć.
martwa pustka.
potem trząsłem twoim ciałem.
kazałem im robić coś.
mamy krzyk do teraz odbija się od ścian szpitala,
mnożąc rozpruwąjace się nawzajem echa.
któż będzie teraz pieścił motyle?
Tato a widziałeś takiego?
jeszcze pędzisz do nas z górki na swoim zielonym rowerku.
kto koty kamieniem zaskoczy?
Mamo!
chwila nieuwagi, fikołek, i upadasz tyłem, nogi i koła ku niebu
kiedy biegniemy do ciebie,
jakgdyby w zwolnionym tempie
z głuchym grzmotem przykładasz głowę do ziemi.
kto muchy naprowadzi na szpilkę?
Synku niech cię przytulę.
Ile palców widzisz?
Czujesz jak tu cię dotykam?
Pokaż główkę.
kto mrówki wyrówna z chodnikiem?
aniołku mój,
mistrzu od wyrywania skrzydeł,
zanim ześlizgniesz się z igły
by bezpowrotnie odfrunąć,
wytłumacz mi tajemnicę łez.